Prawie cały czas słychać, jakie kłopoty ze spłatą mają posiadacze kredytów we frankach szwajcarskich albo sytuacje, gdy po 5 latach terminowego spłacania, mamy więcej do oddania niż mieliśmy w momencie brania kredytu. Sytuacja jest banalnie prosta do wyjaśnienia: różnica kursowa CHF/PLN.
A słynne już opcje walutowe... Duże ( ale nie tylko ) firmy zamiast zabezpieczać się przed ryzykiem kursowym, zaczęły bawić się w spekulację. Dopóki złotówka się umacniała względem pozostałych walut, niezmienność dawała nadzieję do prostego zarobku. Jednak potem pojawił się kryzys finansowy i inwestorzy zaczęli wycofywać w szalonym tempie pieniądze z rynków wschodzących, a jako że polskie aktywa miały największą płynność w tym regionie Europy - najłatwiej było odzyskać gotówkę właśnie z nich i dlatego dostaliśmy najbardziej po kieszeni. W krótkim czasie złotówka potraciła średnio po 1zł względem najważniejszych walut z punktu widzenia Polaka: CHF (frank szwajcarski), USD (dolar amerykański), GBP (funt brytyjski) i EURO. Natychmiast w bilansach korporacji pojawiła się dość znacząca pozycja: Straty na rynkach finansowych. Kilku firmom groziło nawet bankructwo, u innych ta groźba się spełniła. Był czas, że szacowana strata wszystkich polskich firm wynosiła 50mld zł. I znowu banalne wyjaśnienie: różnica kursowa (w przypadku opcji najczęściej EUR/PLN).
A co jeżeli chcemy pojechać na długo planowane wakacje, które z roku na rok były trochę tańsze, aż tu kosztują 1000zł więcej i musimy czekać do następnego roku? Albo samochód, o którym zawsze marzyliśmy i na który wreszcie udało się zebrać potrzebne pieniądze - chociaż tutaj akurat mamy łatwiej, ponieważ kryzys bardzo mocno dotknął branżę motoryzacyjną, i możemy zawsze wywalczyć korzystne zniżki, a co więcej ceny samochodów w wielu przypadkach spadły! Objaśnienie, czemu się tak stało? Różnice kursowe.
Tak samo, jak gwałtowne umacnianie się naszej waluty w 2004r., dzięki funduszom z Unii Europejskiej, tak samoniedawne gwałtowne umacnianie, były szkodliwe dla gospodarki i komu nie udało się w porę zabezpieczyć, mógł stanąć przed nie lada wyzwaniem. Zabrakło czasu, aby się przstosować do panujących realiów. Teraz mamy okres umacniania się waluty, nie tak agresywny i szybki, ale dość regularny.
Ale czy tylko panika inwestorów spowodowała takie zamieszania na rynku walutowym i dkaczego tak nagle wszystko się skończyło - przecież kryzys trwa nadal?
Oczywiście, że nie. Chociaż na pewno wycofywanie dużej części kapitału zgromadzonej przez 4, czy 5 lat nie mogło pozostać bez echa w stosunku do notowań złotówki, to do takich zawirowań przyczynili się także spekulanci. Spekulanci, przede wszystkim z USA, chcieli poprawić bilanse finansowe kierowanych przez nich instytucji i... niestety - udało im się to. Pamiętam wypowiedź pewnego znanego banku, w której przyznali się do spekulacji na złotówce względem euro oraz ujawnili, że dzięki temu zarobili 4mld USD! Nikt się tam nie zastanawia czy to etyczne, czy nie albo czy kilka milionów Polaków zacznie mieć problemy ze spłatą - zysk to zysk. Szczególnie podobała mi się wypowiedź przedstawiciela pewnego amerykańskiego banku (Goldman Sachs), który w pewnym momencie oświadczył: "Zakończyliśmy spekulację na złotówce.". Szkoda, że nikt nie pobiegł z kwiatami do ich rady nadzorczej. Ale czy jeden tylko bank byłby w stanie załamać kurs waluty - odpowiedź jest oczywista: NIE. W spekulacji brało udział kilka albo nawet kilkadziesiąt banków, nie tylko amerykańśkich. Słynna była też sprawa z byłym premierem - K. Marcinkiewiczem, który zasiadał na wysokim stołku u jednego ze spekulantów. Nie mnie to oceniać, ale gdyby była to prawda - tenże bank miałby bardzo ułatwione zadanie. Możliwa jest jednak też wersja, że został on po prostu wybrany na kozła ofiarnego.
I, chyba najważniejszy element wywodu na temat walut, dlaczego to wszystko się skończyło?
Myślę, że aspektów ku temu było kilka.
Po pierwsze, kurs złotówki był już bardzo mocno zaniżony i każde kolejny grosz kosztowałby spekulantów więcej. Coraz ciężej byłoby im utrzymywać sztucznie tak słabą złotówkę. Do tego doszły jeszcze niemałe zyski i powoli zaczęli się wycofywać.
Po drugie, bardzo ważnym działaniem, można wręcz rzec przełomowym, była sprzedaż zgromadzonych euro przez rząd za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego na rynku. Było to o tyle ważne, ile nieprzewidywalne dla spekulantów. Wcześniej wszyscy byli zapewnieni (swoją drogę - przez premiera), że rząd zacznie sprzedawać euro przy poziomie 5zł. Więc wszyscy uznali, że do 5zł spokojnie dojdziemy, dopiero tam mogą powstać problemy związane z rządem. Ale ten poziom był dla nich pewnikiem. A tu niespodzianka - BGK zaczął sprzedawać euro na poziomie 4,8-4,85zł. Wywołało to lekką panikę wśród spekulantów, którzy zaczęli także sprzedawać waluty obce - dalej złotówka wstawała jak Feniks z popiołów. Wystarczył mały ruch, aby wywołać poruszenie i zmniejszanie ilości walut obcych w portfelu, co z kolei spowodowało łapanie stop-lossów przez innych. Aż do ustabilizowania się kursów.
Ostatnio rząd wyszedł z propozycją o udostępnienie elastycznej linii kredytowej dla Polski przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. 3 dni temu ukazała się oficjalna informacja, akceptująca ten wniosek. Jest to umowa jednoroczna z możliwością przedłużenia. W komunikacie napisano: "Polskie władze zamierzają potraktować ją jako środek ostrożności, co oznacza, że nie mają intencji jej wykorzystania". Od środy NBP ma dostęp do ponad 20mld $ w dowolnym momencie. Dzięki przystąpieniu do tego systemu rezerwy Banku Narodowego wzrosły o jedną trzecią! Ma to uchronić złotówkę przed atakami spekulantów. Jesteśmy drugim krajem, który przystąpił do tego mechanizmu (pierwszym był Meksyk - ma dostęp do 47mld $). Ale... Czy polska gospodarka jest tak słaba, że potrzebujemy ogromnych kredytów udzielanych z MFW? NIE! Do elastycznej linii kredytowej mogą przystępować kraje tylko ze stabilną sytuacją makroekonomiczną, o wyjątkowo silnych fundamentach gospodarczych i skutecznej polityce gospodarczej. Dodatkowo - korzystanie z tego wyjścia nie niesie ze sobą żadnych zobowiązań jak np. zmniejszanie deficytu. Nie jest to pozyczka, a jedynie zabezpieczenie. Jacek Rostowski przekonywał, że "dostęp NBP do tych dodatkowych rezerw uodporni polską gospodarkę na wirus kryzysu i na ataki spekulacyjne; może to też nas uchronić przed niekontrolowanym osłabieniem się złotego, zwiększy dostępność Skarbu Państwa do finansowania rynkowego i pomoże obniżyć koszty obsługi długu publicznego.". Nic tylko się cieszyć, bo obsługa tego systemu nie wymaga ogromnych nakładów pieniężnych.
Miejmy nadzieję, że NBP odniesie sukces i kurs naszej waluty będzie zależeć tylko i wyłącznie od rzeczywistej sytuacji na rynkach.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Wbrew pozorom posiadacze kredytów hipotecznych w CHF spłacają je równie regularnie jak posiadacze tych w PLN. Przyczyną tego jest fakt, ze spadł LIBOR3M do 0,4% i oprocentowanie kredytów zaciągniętych rok temu w CHF wynosi obecnie 1,9-2,9% w skali roku.
OdpowiedzUsuń na zawszeSpadek oprocentowania równoważy wzrost kursu franka i wysokość raty takiego zaciągniętego rok temu kredytu w CHF jest podobna do takiego samego zaciągniętego rok temu w PLN.
Oczywiście osoby posiadające taki kredyt walutowy mają zablokowaną opcję sprzedaży mieszkania, bo musieliby oddać w PLN znacznie więcej niż wzięli, pomimo że już przez rok spłacają kredyt. Dlatego jedyną logiczną opcją wydaje się spokojnie spłacać raty i trzymać nieruchomość.