poniedziałek, 1 czerwca 2009

Podsumowanie miesiąca - Maj.

Oj, jak dawno tu nie pisałem. I, niestety, podobna sytuacja będzie panować przez najbliższy tydzień. Jest to związane z nawałem pracy w tym okresie, za co wszystkim serdecznie przeszkadzam. Jednak myślę, że od około 10. czerwca wpisy będą już bardzo regularne, bo te kilka wpisów w maju to jakaś kpina.

Więc podsumowanie najgorszego miesiąca, jaki można sobie wyobrazić:

Liczba odwiedzin / odsłon: 712 / 1094
Liczba unikalnych odwiedzin: 263

Tu jednak warto dodać, że wreszcie google zaczęło wrzucać mnie do wyników wyszukiwania. O ile w poprzednich miesiącach z wyszukiwarek pochodził około 1% odwiedzin, o tyle teraz jest to już 7,5%. A, jak wiadomo, wysoka pozycja w wyszukiwaniach powoduje zdobywanie nowych czytelników, do tej pory nie związanych z tematem. Oczywiście, niezastąpiona jest też pozycja odwiedzin jako odnośników zamieszczonych na stronach zaprzyjaźnionych bloggerów.

Kolejnym pocieszającym faktem jest to, że pomimo żałosnej aktywności na tym blogu - jego liczba odwiedzin nadal się rozwija. Oczywiście, taka sytuacja nie będzie trwała wiecznie i nie mam zamiaru zaniedbać tej stronki w czerwcu.

Podobnie jak w poprzednich miesiącach, również nie ucicha odzew mailowy. Zwłaszcza 2 dyskusje mailowe zasługują na wspomnienie. Jedna dotyczyła (przed ogłoszeniem wskaźników makroekonomicznych Polski, wzrostu PKB itd.) przewidywanego wzrostu PKB. Mój plan, przyznaję, był bardziej pesymistyczny - prognozowałem wzrost o 0,6%. Mój rozmówca był bliżej - 0,9%. Może to jakiś członek Ministerstwa Finansów?:)
Druga rozmowa dotyczyła natomiast sensowności zakupu akcji PKO. Wyraziłem opinię, że inwestowanie w banki jest ryzykowne i doradziłem odsunięcie jej w czasie. Było to 10 maja, kiedy PKO poruszało się w leciutkiej konsolidacji na wysokości 27,9zł. Mój rozmówca zgodził się ze mną i przerzucił się na inne spółki (szkoda, że na razie nie mam odpowiedzi na jakie). Fakt faktem, kilka dni później wystrzelił do góry i zacząłem się zastanawiać, czy dobrze doradziłem (chociaż oczywiście nie była to prawdziwa porada ionwestycyjna, a jedynie moje zdanie). Ale okazało się, że była to dobra decyzja. Jeszcze na dzisiejszym otwarciu PKO kosztował 25zł - spora strata by się szykowała. Dzisiaj jednak walorek wystrzelił o ponad 7% do poziomu 26,95zł, co potwierdza moją opinię, że instystucje finansowe w obecnych czasach są obarczorne dodatkowym ryzykiem. Zresztą, czytelnik ten obiecał mi dotację, gdy tylko nadejdą lepsze czasy na giełdzie.

Reklamy:

Tutaj ogromne zaskoczenie! 8,02$ pomimo tak słabej aktywności. W sumie blog zarobił już 17,59$. To jest bardzo dobra mobilizacja do dalszego pisania. I cieszę się, że Google potrafi tak dopasować reklamy, aby naprawdę zainteresowały czytelnika.

Pozdrawiam serdecznie i składam obietnicę częstszych wpisów.

piątek, 15 maja 2009

Dokąd zmierza Polska?

Coraz częściej analitycy raczą nas nowymi analizami dotyczącymi wzrostu gospodarczego Polski. Co gorsze, zmieniają się one w zastraszającym tempie.

O ile jeszcze w kwietniu 2008r. Komisja Europejska przewidywała wzrost PKB na poziomie 5%, to w styczniu tego roku obniżyła swoją prognozę do 2%. To ma uzasadnienie, gdyż jeszcze ponad roku temu nie było wiadomo jakie rozmiary przyjmie kryzys finansowy. Jednak ostatnia prognoza jest szokująca: -1,7% w 2009r. i niewiele lepiej rok później! W tą wersję zdarzeń nie wierzą nawet analitycy (ja też) bo nie mam pojęcia, jakie załamanie musiałoby nastąpić, aby z około 1,5% w pierwszym kwartale i niezbyt pesymistycznym początku drugiego oczekiwać tak głębokiego spadku.

Ale nie tylko KE obniża swoje prognozy. Międzynarodowy Fundusz Walutowy w październiku 2008r. szacował wzrost gospodarczy w Polsce na 3,8%, a tymczasem miesiąc temu uraczył nas prognozą na poziomie -0,7%. Jest to bardzo poważna instytucja finansowa, jednak polscy inwestorzy pocieszają się, że MFW ocenia dziesiątki krajów i nie patrzy na każdy kraj tak wnikliwie jak jego mieszkańcy. A ja chętnie zaakceptuje takie wytłumaczenie.

Ostatnim już ogniwem naszych prognoz będzie rząd, który patrzy na świat przez różowe okulary i przewiduje w najbardziej pesymistycznycm scenariuszu wzrost o 1,7%. I też na taką wersję jesteśmy przygotowani. A co będzie jeśli nasza gospodarka się zatrzyma?

Cały świat chwalił nas za planowany niski deficyt budżetowy. Gdy wszyscy dookoła się zadłużają na niespotykaną dotychczas skalę - my mieliśmy być ostoją spokoju. Założenia budżetu były o tyle poprawne, o ile błędne. Poprawne - niski deficyt oznacza mniejsze zadłużenie, co z kolei będzie procentować w przyszłości. Zmniejszy też koszt obsługi długu publicznego. Błędne, gdyż nierealne. Marzę sobie, aby plan rządu wypalił i wzrost osiągnął ponad 1,5%, a deficyt poniżej 18,2mld. Jednak bez zmiany kierunku o 180 stopni nie mamy co na to liczyć. Zdaniem ekonomistów teraz rozwój sytuacji gospodarczej w Polsce będzie w dużej mierze zależał od konsumpcji i inwestycji. Czyli problemem nie jest rozwój sytuacji w Polsce, gdyż u nas system bankowy nie ma porblemów (a jedynie podejmuje zabezpieczenia - np. wyhamowanie akcji kredytowej), a rozwój gospodarczy naszych głównych partnerów, np. Niemiec czy Rosji. A stamtąd nie płyną optymistyczne dane. PKB Niemiec ma się skórczyć o 6%, co musi przełożyć się na wartość wymiany towarów. Dobrze chociaż, że rząd u naszych zachodnich sąsiadów stosuje dopłaty do zakupu nowych aut - wielu Niemców na zakupy udaje się do nas, co ma swoje odzwieciedlenie we wzroście branży motoryzacyjnej (dokładnie na przekór trendom panującym w Europie). Nie można się Niemcom dziwić, że kupują o nas - niektóre auta są nawet o 20% tańsze!

Niestety, korekta budżetu będzie niezbedna. Przyznał to sam premier Polski. Zapewnił jednak jednocześnie, że nie przewiduje znacznych podwyżek podatków. Co ciekawe: już praktycznie nikt nie wierzy w plan z założeniami 18,2mld złotych deficytu na koniec 2009r. Teraz całe zadanie rządu skupia się na tym, aby nie wzrósł on zbyt znacząco, a jedynie o kilka miliardów złotych.

Od siebie dodam, że sam jestem ciekaw jak dalej potoczy się sytuacja w Polsce. Myślę jednak, że kryzys nie wyrządzi u nas jakiś ogromnych szkód, a wzrost gospodarczy wyniesie 0,5% na koniec 2009r. Co do budżetu - 24-26 mld złotych deficytu wydają się byc realne. Niestety - nie wierzę w brak 18 mld zlotych w tak trudnym czasie. Polska zmierza jednak w dobrym kierunku i, kiedy tylko akcja kredytowa się odblokuje, zaczniemy znowu osiągać dobre wyniki. Na koniec pozostaje nam się cieszyć, że nie jesteśmy Węgrami, krajem nadbałtyckim czy Ukrainą. Ta ostatnia dzisiaj przyznała, że pomoc z Międzynarodowego Funduszu Walutowego będzie za mała i poprosiła o pomoc Unię Europejską. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

sobota, 9 maja 2009

Jak to jest z kursami walut?

Prawie cały czas słychać, jakie kłopoty ze spłatą mają posiadacze kredytów we frankach szwajcarskich albo sytuacje, gdy po 5 latach terminowego spłacania, mamy więcej do oddania niż mieliśmy w momencie brania kredytu. Sytuacja jest banalnie prosta do wyjaśnienia: różnica kursowa CHF/PLN.

A słynne już opcje walutowe... Duże ( ale nie tylko ) firmy zamiast zabezpieczać się przed ryzykiem kursowym, zaczęły bawić się w spekulację. Dopóki złotówka się umacniała względem pozostałych walut, niezmienność dawała nadzieję do prostego zarobku. Jednak potem pojawił się kryzys finansowy i inwestorzy zaczęli wycofywać w szalonym tempie pieniądze z rynków wschodzących, a jako że polskie aktywa miały największą płynność w tym regionie Europy - najłatwiej było odzyskać gotówkę właśnie z nich i dlatego dostaliśmy najbardziej po kieszeni. W krótkim czasie złotówka potraciła średnio po 1zł względem najważniejszych walut z punktu widzenia Polaka: CHF (frank szwajcarski), USD (dolar amerykański), GBP (funt brytyjski) i EURO. Natychmiast w bilansach korporacji pojawiła się dość znacząca pozycja: Straty na rynkach finansowych. Kilku firmom groziło nawet bankructwo, u innych ta groźba się spełniła. Był czas, że szacowana strata wszystkich polskich firm wynosiła 50mld zł. I znowu banalne wyjaśnienie: różnica kursowa (w przypadku opcji najczęściej EUR/PLN).

A co jeżeli chcemy pojechać na długo planowane wakacje, które z roku na rok były trochę tańsze, aż tu kosztują 1000zł więcej i musimy czekać do następnego roku? Albo samochód, o którym zawsze marzyliśmy i na który wreszcie udało się zebrać potrzebne pieniądze - chociaż tutaj akurat mamy łatwiej, ponieważ kryzys bardzo mocno dotknął branżę motoryzacyjną, i możemy zawsze wywalczyć korzystne zniżki, a co więcej ceny samochodów w wielu przypadkach spadły! Objaśnienie, czemu się tak stało? Różnice kursowe.

Tak samo, jak gwałtowne umacnianie się naszej waluty w 2004r., dzięki funduszom z Unii Europejskiej, tak samoniedawne gwałtowne umacnianie, były szkodliwe dla gospodarki i komu nie udało się w porę zabezpieczyć, mógł stanąć przed nie lada wyzwaniem. Zabrakło czasu, aby się przstosować do panujących realiów. Teraz mamy okres umacniania się waluty, nie tak agresywny i szybki, ale dość regularny.

Ale czy tylko panika inwestorów spowodowała takie zamieszania na rynku walutowym i dkaczego tak nagle wszystko się skończyło - przecież kryzys trwa nadal?

Oczywiście, że nie. Chociaż na pewno wycofywanie dużej części kapitału zgromadzonej przez 4, czy 5 lat nie mogło pozostać bez echa w stosunku do notowań złotówki, to do takich zawirowań przyczynili się także spekulanci. Spekulanci, przede wszystkim z USA, chcieli poprawić bilanse finansowe kierowanych przez nich instytucji i... niestety - udało im się to. Pamiętam wypowiedź pewnego znanego banku, w której przyznali się do spekulacji na złotówce względem euro oraz ujawnili, że dzięki temu zarobili 4mld USD! Nikt się tam nie zastanawia czy to etyczne, czy nie albo czy kilka milionów Polaków zacznie mieć problemy ze spłatą - zysk to zysk. Szczególnie podobała mi się wypowiedź przedstawiciela pewnego amerykańskiego banku (Goldman Sachs), który w pewnym momencie oświadczył: "Zakończyliśmy spekulację na złotówce.". Szkoda, że nikt nie pobiegł z kwiatami do ich rady nadzorczej. Ale czy jeden tylko bank byłby w stanie załamać kurs waluty - odpowiedź jest oczywista: NIE. W spekulacji brało udział kilka albo nawet kilkadziesiąt banków, nie tylko amerykańśkich. Słynna była też sprawa z byłym premierem - K. Marcinkiewiczem, który zasiadał na wysokim stołku u jednego ze spekulantów. Nie mnie to oceniać, ale gdyby była to prawda - tenże bank miałby bardzo ułatwione zadanie. Możliwa jest jednak też wersja, że został on po prostu wybrany na kozła ofiarnego.

I, chyba najważniejszy element wywodu na temat walut, dlaczego to wszystko się skończyło?

Myślę, że aspektów ku temu było kilka.

Po pierwsze, kurs złotówki był już bardzo mocno zaniżony i każde kolejny grosz kosztowałby spekulantów więcej. Coraz ciężej byłoby im utrzymywać sztucznie tak słabą złotówkę. Do tego doszły jeszcze niemałe zyski i powoli zaczęli się wycofywać.

Po drugie, bardzo ważnym działaniem, można wręcz rzec przełomowym, była sprzedaż zgromadzonych euro przez rząd za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego na rynku. Było to o tyle ważne, ile nieprzewidywalne dla spekulantów. Wcześniej wszyscy byli zapewnieni (swoją drogę - przez premiera), że rząd zacznie sprzedawać euro przy poziomie 5zł. Więc wszyscy uznali, że do 5zł spokojnie dojdziemy, dopiero tam mogą powstać problemy związane z rządem. Ale ten poziom był dla nich pewnikiem. A tu niespodzianka - BGK zaczął sprzedawać euro na poziomie 4,8-4,85zł. Wywołało to lekką panikę wśród spekulantów, którzy zaczęli także sprzedawać waluty obce - dalej złotówka wstawała jak Feniks z popiołów. Wystarczył mały ruch, aby wywołać poruszenie i zmniejszanie ilości walut obcych w portfelu, co z kolei spowodowało łapanie stop-lossów przez innych. Aż do ustabilizowania się kursów.

Ostatnio rząd wyszedł z propozycją o udostępnienie elastycznej linii kredytowej dla Polski przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. 3 dni temu ukazała się oficjalna informacja, akceptująca ten wniosek. Jest to umowa jednoroczna z możliwością przedłużenia. W komunikacie napisano: "Polskie władze zamierzają potraktować ją jako środek ostrożności, co oznacza, że nie mają intencji jej wykorzystania". Od środy NBP ma dostęp do ponad 20mld $ w dowolnym momencie. Dzięki przystąpieniu do tego systemu rezerwy Banku Narodowego wzrosły o jedną trzecią! Ma to uchronić złotówkę przed atakami spekulantów. Jesteśmy drugim krajem, który przystąpił do tego mechanizmu (pierwszym był Meksyk - ma dostęp do 47mld $). Ale... Czy polska gospodarka jest tak słaba, że potrzebujemy ogromnych kredytów udzielanych z MFW? NIE! Do elastycznej linii kredytowej mogą przystępować kraje tylko ze stabilną sytuacją makroekonomiczną, o wyjątkowo silnych fundamentach gospodarczych i skutecznej polityce gospodarczej. Dodatkowo - korzystanie z tego wyjścia nie niesie ze sobą żadnych zobowiązań jak np. zmniejszanie deficytu. Nie jest to pozyczka, a jedynie zabezpieczenie. Jacek Rostowski przekonywał, że "dostęp NBP do tych dodatkowych rezerw uodporni polską gospodarkę na wirus kryzysu i na ataki spekulacyjne; może to też nas uchronić przed niekontrolowanym osłabieniem się złotego, zwiększy dostępność Skarbu Państwa do finansowania rynkowego i pomoże obniżyć koszty obsługi długu publicznego.". Nic tylko się cieszyć, bo obsługa tego systemu nie wymaga ogromnych nakładów pieniężnych.

Miejmy nadzieję, że NBP odniesie sukces i kurs naszej waluty będzie zależeć tylko i wyłącznie od rzeczywistej sytuacji na rynkach.

niedziela, 3 maja 2009

Podsumowanie miesiąca - Kwiecień.

Od 4 dni mam jakieś problemy z dodawaniem postów, dlatego dopiero dzisiaj pojawia się podsumowanie miesiąca. Wyskakiwał mi jakiś błąd, nie wiem o co chodziło. Napisałem maila do znajomych bloggerów co on oznaczał. Jak się dowiem - napiszę.

Za mną pierwszy pełny miesiąc prowadzenia bloga. Niestety moja systematyczność pisania postów spadła za co przepraszam. Jest to jednak uzasadnione. W tym miesiącu popracowałem trochę nad zwiększeniem popularności tegoż bloga, bo jednak dobry marketing to połowa sukcesu.

Teraz trochę liczb dotyczących działania bloga w okresie 31 marca - 30 kwietnia (według GoogleAnalytics)

Liczba odwiedzin / odsłon: 407/644
Liczba unikalnych wyświetleń: 159
Średni czas spędzony w witrynie: 00:04:09

Można zauważyć tutaj znaczący, wręcz kolosalny wzrost w porównaniu do ostatniego miesiąca. Pomimo spadku ilości nowych postów - liczba użytkowników zwiększyła się bardzo przyjemnie. Zwłaszcza potrzymujący na duchu jest fakt, że sporo z tych osób to tzw. stali czytelnicy - odwiedzający bloga raz na 1-2dni.

Najczęściej czytanym postem był Jak skutecznie inwestować omijając giełdę. Tutaj nie zmienilo się nic w poównianiu do poprzedniego miesiąca. Tym bardziej mnie to podbudowuje. A dodatkowo, przeglądając dokładną analizę tej strony, zauważyłem że sporo z czytelników dostało się na nią NIE z mojego bloga, a z "obcych" odnośnikłów. Oznacza to, że artykuł naprawdę mi się udał.


Podobnie jak miesiąc temu - sporo osób wysłało mi maila, dostałem kilka propozycji wymiany linków a także przeprowadziłem ciekawe dyskusje z pewną osobą zainteresowaną inwestycją w monety - pozdrawiam.

Reklamy i dotacje:

Niezmiennie, jedynymi reklamami na mojej strony są reklamy Google AdSense. Jednak w tym miesiącu przyniosły one juz jakieś dochody,a dokładniej: 9,56$. Liczba zdecydowanie mnie zadowalająca, w początkowym planie kwotę 10$ planowałem uzyskać na zakończenie maja. Jestem do przodu o cały miesiąc!

Co mnie tym bardziej zaskoczyło - dostałem pierwszą dotację bloga! Wyniosła ona 10zł i była podziękowaniem za pomoc w udzieleniu informacji na temat monet. Zresztą, jak sam stwierdził, dzięki moim radom wydał mniej o 150zł na zakup tychże monet. Tym bardziej mnie to cieszy. Muszę przyznać, że to było to bardzo przyjemnym podziękowaniem za włożony trud.

Pozdrawiam wszystkich czytelników i życzę sobie większej dyscypliny i systematyczności w pisaniu!

niedziela, 26 kwietnia 2009

Ropa po 70-80$?

Dzisiaj przeczytałem sporo na temat cen ropy, gdyż zastanawiam się nad zakupem certyfikatów RCCRUAOPEN (certyfikaty odzwierciedlające ceny ropy naftowej emitowane przez bank Reiffeisen). Ledwo zacząłem czytac na ten temat, a już w moje ręce wpadła wczorajsza wypowiedź rosyjskiego ministra energetyki na temat cen ropy – Siergieja Szmatko.

Otóż oświadczył on, że cena 50$ jest niesprawiedliwa i nie sprzyja rozwojowi branży. Jest zbyt niska i jeżeli cena nie zmieni się w najbliższym czasie importerzy mogą stanąć w obliczu deficytu ropy. Pięknie…

Powiedział, że: „Taka cena może zagwarantować inwestycje w nowe projekty wydobywcze i rozbudowę infrastruktury transportowej dla tego surowca.”. Zgadzam się, ale skoro przez długi czas ceny przekraczały 100$, teraz przez krótki okres mogą oscylować w okolicach 40-50$.

Według niego sprawiedliwą ceną za baryłkę jest, co mnie rozśmieszyło, tytułowe 70-80 dolarów. Oczywiście: rozumiem, że ceny, które były badane ostatnio (koło 40$) nie są faktycznym odzwieciedleniem poniesiionych kosztów. Ale zastanawia mnie jeden fakt:
Dlaczego nie słyszeliśmy takmich wypowiedzi, gdy czarne złoto było wyceniane na 150$? Dlaczego wtedy słyszeliśmy wypowiedzi o cenach 200$, a niektórzy (bardziej optymistyczni) rosyjscy uczeni strzelali w granice 300$? Rosja stoi w obliczu ogromnego deficytu budżetowego (finansowanego z rezerw narodowych), a znacząca część ich przychodów pochodzi z surowców energetycznych – stanowią największą część PKB.

Na dodatek przerażający jest fakt, że importerzy mogą stanąć w obliczu deficytu ropy… Wolę nie interpretować, co dokładniej oznacza ta wypowiedź – w każdym razie nic dobrego dla Polski.

Podsumowując: Skoro zmniejszenie wydobycia ropy nie wpłynęło znacząco na ich ceny – trzeba przejść do innych działań, np. ropa po 70 albo w ogóle. Nie podoba mi się wykorzystywanie monopolu przez naszego wschodniego sąsiada. Ale niestety: albo uniezależnimy się od dostaw ropy i gazu od Rosji, albo będziemy ciągle świadkami tego typu wypowiedzi. A nasze samochody (dopóki nie doczekamy się hybrydowych) muszą na coś jeździć, przemysł musi też jakoś funkcjonować,a nasze domy ciągle muszą być ogrzewane – czy za 50$ czy za 70. I Rosjanie niestety o tym też wiedzą…

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Media wszystko psują.

Coraz częściej w ostatnim czasie dochodzę do wniosku, że ten który gra przeciwko mediom - zyskuje. Jest to zabójcze zwłaszcza dla niedoświadczonych inwestorów, którzy swoje działania motywują w dużym stopniu opiniami innych.

Myślę, że większość z nas pamięta bardzo dobrze, co działo się rok temu, gdy Narodowy Bank Polski wypuszczał do obiegu słynną monetę "Sokół Wędrowny". Była sprzedawana w 2 nominałach (2zł i 20zł). Tą drugą NBP sprzedawał za ponad 100zł. Ale nie o to tu chodzi. Wszystkie media trąbiły wtedy o łatwym zarobku, zachęcały do kupowania monet emitownych przez NBP. I faktycznie - w dniu emisji kolejki były niewyobrażalne - ludzie zarywali całą noc tylko po to, aby kupić JEDNĄ monetę 20zł i kilkadziesiąt (nie pamiętam dokładnie, coś około 20-50) dwuzłotowych, bo... więcej nie sprzedawali. Pomimo chorobliwie dużego nakładu - wszystko zeszło, a ceny na allegro monety dwuzłotowej szybko poszybowały przez 3zł, 4, 5 aż do 8zł za sztukę, a w szczytowych momentach po 11zł! A działo się to miesiąc po emisji - czy nie był to owczy pęd całego narodu? Przecież to nie miało ani wartości kolekcjonerskiech, ani estetycznych... A co z 20zł? Jej ceny skoczyły do 450zł! I dlaczego? Bo srebro w monecie było warte 40zł, czy może dwadzieścia kilka dni nadaje monecie niespotykaną wartość? A media dalej trąbiły o hossie w numizmatyce.

A tymczasem, co mamy? Monety od swoich szczytów spadły o 50% i więcej. Chciałbym zauważyć, że to nawet gorzej od beznadziejnie zarządzanych funduszy inwestycyjnych.

Podobnie było z ostatnia nagonką na kupowanie złota. Wszędzie było głośno o niezbędnym zabezpieczeniu portfela kupując złoto natychmiast, najlepiej dzisiaj, za godzinę, w tej chwili. Oczywiście - jestem zwolennikiem dywersyfikacji portfela, ale nie w ciągu 2h, nie pod wpływem emocji i, wreszcie, nie na lokalnej górce... Dobrze tez wiemy, co dalej stało się ze złotem - jego wartość spadła dość znacząco. A na pewno ta rozliczana w złotówkach, co nie przemawia na korzyść naganiaczy.

A czy inaczej ma się sprawa z braniem kredytów w CHF kilka lat temu, o kupowaniu nieruchomości pod wynajem na kilka lat (w tym czasie cena tejże nieruchomosci miała także rosnąć). Albo z kupowaniem zielonych kilka miesięcy temu? Miały rzekomo dojść do poziomów 5zł za sztukę, a może i dalej. A tymczasem spadły i niewiadomo jak zachowają się później.

Nie inaczej ma sie sprawa z internetowymi forami dotyczącymi giełdy. Czy mało mamy tematów w stylu "Kupcie jutro KGH PKC!" "Sprzedawać PKO PKC!!!" etc.? Nie przynoszą zadnej wartości merytorycznej, a osoby które ślepo dają się wodzić za ludźmi piszącymi na takich forach po lekturze tego artykułu zastanowią się 5 razy. I jeśli nadal będą chciały podążyć za tymi naganiaczami - polecam zmienić leki.

Dlatego zachęcam wszystkich do samodzielnej analizy, wypowiedzi innych radze traktować tylko jako jakąś nikłą wskazówkę. Oczywiście: czytam wiele blogów i analiz, ale nigdy nie wierzę im na ślepo. I drugi raz: oczywiście, trafiają się naprawdę rzetelne analizy, ale stwierdzam to dopiero po własnoręcznych sprawdzeniu założeń. Aby coś osiągnąć trzeba mieć własny rozum do podejmowania decyzji. Nikt nam go nie da. Ani analityk, ani doradca finansowy, ani anonim z bloga, ani ja. Pamiętajcie zawsze, że to wasze pieniądze i nikt poza wami nie poniesie odpowiedzialności za dycyzje finansowe.

I teraz dodatek współczesny... Czy nie jesteśmy świadkami, według wszystkich mediów, ze 100% pewnością nowej hossy? Czy nie na ten temat najczęściej wypowiadają się medialni doradcy? Ja wcale nie kwestionuję słuszności tej kwestii, ale może warto rozpatrzyć podstawy tejże hossy. I podpowiem: nie jest to szalejący kryzys finansowy, zakłamane bilanse amerykańskich banków ani ogromny dodruk pieniądza przez wiele krajów zachodnich (i nie tylko). Zastanówmy się nad powodami takich wydarzeń - jeśli nie będą zbyt wiarygodne, może warto poczekać na powrót do trendu głownego - jak na razie - bessy? Pamiętajmy także, że aby odnieść sukces musimy być szybsi niż media.

wtorek, 14 kwietnia 2009

Nasze cele a banki narodowe.

Do napisania tego artykułu skłoniły mnie, powstające teraz jak grzyby po deszczu, blogi zajmujące się tematyką oszczędzania i inwestowania. Mój blog również jest młody, jednak został założony w trochę innym celu niż inne. Nie dążę (na razie) do niezależności finansowej, ale zbieram pieniądze na konkretny cel - studia.

Wielu blogerów stawia sobie cele czysto finansowe, np. APPFunds (droga od zera do 3 milionów) czy Rentier (pierwszy milion do 1 stycznia 2017 r.), których - swoją drogę - serdecznie pozdrawiam. To bardzo dobrze, bo trzeba mieć jasny cel, do którego się dąży, ale jednocześnie uważam, że... powinni zmienić podejście. Ale o tym za chwilę.

Wiemy bardzo dobrze, że banki narodowe (zwłaszcza krajów rozwiniętych) dodrukowują pieniądze, aby zapewnić płynność finansową. Jest to obecnie, obok obniżki stóp procentowych, dość popularne. Dodrukowanie pieniędzy sprowadza się tutaj np. do dopisania zera na rachunku tegoż banku. To są pieniądze czysto wirtualne, które jednak - prędzej czy później - trafią do realnego obrotu. Możemy przypuszczać, co się stanie gdy podaż pieniądza wzrośnie tak skokowo? Prawdopodobnie również skokowo zwiększy się inflacja, być może zapanuje nawet hiperinflacja. Co do tego większość ekonomistów nie ma wątpliwości.

Ale chwila... Skoro będziemy mieli bardzo wysoką inflację, to realna wartość pieniądza będzie malała. A co jeżeli taki stan utrzyma się przez dłuższy czas? Przecież wiadomo, że oszczędzanie to proces długotrwały - nie możemy wykluczyć zawirowań na rynku w czasie jego trwania. A nie chcemy przecież doprowadzić, aby uzbierany milion wystarczył nam np. na kupno przeciętnego samochodu.

Jak sobie z tym poradzić?

Uzależnić swój cel od realiów panujących na rynku. Możemy uzależnić go od średniej pensji w Polsce (miłoby było gdybyśmy również wzięli pod uwagę ryzyko kursowe, jednak prawdopodonie oszczędzanie zakończy się po wejściu naszego kraju do strefy euro, więc pozbywamy się tego problemu). Możemy dążyć, aby nasze pieniądze wystaczyły na zakup np. 2 mieszkań 100-metrowych. Oczywiście nie po to, aby mieszkać w nich czy je wynajmować, ale po to, aby nie tracić powiązania z rynkiem. Można też utworzyć sobie cel nie związany bezpośrednio - tak jak ja - koszty studiowania będą uwzględniać wszystkie wątpliwości.

Jednak jeśli ktoś upiera się przy celu kwotowym, warto byłoby np. zwiększać cel co roku o panującą inflację, czy wprowadzić inne (bardziej skomplikowane) zabezpieczenia, które samemu wymyślimy. Np. część pieniędzy lokować w nieruchomościach, złocie itp. , a tylko do reszty doliczać inflację etc. Każdy sam musi nad tym pomyśleć.

Nie możemy nigdy doprowadzić do sytuacji, gdy nasze decyzje inwestycyjne, plany i strategie będą oderwane od rzeczywistości.